Mamy koniec czerwca, a ja ze świadectwem w ręku, jak zwykle oczekuję przyjazdu cioci. Każdego roku zabiera mnie z niewielkiego miasteczka do uroczej, choć pozornie niczym szczególnym nie wyróżniającej się wioseczki.
Teren płaski i nie specjalnie malowniczy...W środku wsi umiejscowione są rozległe pastwiska (powołane do życia przez dawną spółkę pastwiskową) zwane tutaj popularnie błoniami. Za domostwami jest już ciekawiej. Stawy rybne i rozpościerający się Dunajec. Pomimo tych walorów - nie jest to jednak raj dla wędkarzy. Bazy turystycznej po prostu tu brak...
Urok tej wsi jest jednak niewątpliwy i tkwi przede wszystkim w żyjących tam ludziach. Zawsze serdeczni, radośni, gościnni, pełni humoru i życia. Przebywać w tej wsi, to zarazem doświadczać życia we wspólnocie. Cieszyła nas dzieciaków, ta prostota dnia codziennego w pracy, zabawie i nauce. A różnorodność żartów, zabaw, czy opowieści zachwycała nie tylko dzieci. Po każdym dniu zasypialiśmy szczęśliwi, spokojni i poukładani wewnętrznie.